|
10 wydarzeń 2008 roku, które przegapił świat
Foreign Policy Rosjanie budują gazociąg na Saharze, Amerykanie przegrywają w Kolumbii, Chińczycy wznoszą kruche wieżowce, a panele słoneczne szkodzą ziemi – oto najważniejsze rzeczy, które przegapiliście w 2008 roku
1. „Nagły przypływ” w Afganistanie już się zaczął
Prezydent elekt Barack Obama zapowiadał, że wraz ze zmniejszaniem liczby amerykańskich wojsk w Iraku radykalnie wzmocni ich obecność w Afganistanie. Miała to być strategia wzorowana na irackim „nagłym przypływie” – taktyce, dzięki której skutecznie udało się ograniczyć przemoc w Iraku. Choć sens tej decyzji z całą pewnością będzie w najbliższych miesiącach przedmiotem wielu sporów, nie zmienia to faktu, że ta strategia jest już w Afganistanie stosowana. W pierwszej połowie 2008 roku administracja Busha zwiększyła liczebność amerykańskich wojsk w tym kraju o 21 tysięcy żołnierzy (czyli o 85 procent). Dosłanie kilku tysięcy ludzi za-powiedziały nawet dość wstrzemięźliwe państwa NATO. USA wpadły również w szał budowlany. Zamierzają wydać 100 milionów dolarów na rozbudowę bazy lotniczej w Kandaharze i 50 milionów na więzienie w bazie Bagram. A zwracając się do Kongresu o dodatkowe fundusze na wart 62 miliony dolarów magazyn amunicji w Bagramie, dowództwo armii stwierdziło, że baza ta „musi być w stanie zapewnić długotrwałą i stałą obecność sił, których liczbę będzie można szybko zwiększyć, jeżeli będzie tego wymagał rozwój sytuacji”. Oczywiście w zwalczaniu rebelii talibów chodzi o coś znacznie więcej niż o zwiększenie liczby żołnierskich butów depczących afgańską ziemię czy o nowe inwestycje. W Iraku decydujące znaczenie miało dotarcie do przywódców plemiennych i zwrócenie ich przeciwko bojownikom Al-Kaidy. Prezydent Hamid Karzai robił wszystko, co mógł, by zmusić Amerykanów do zastosowania identycznej strategii w Afganistanie. W tym celu spotkał się ze starszyzną plemienną, a nawet dotarł do przywódcy talibów, mułły Omara. Jeśli więc Barack Obama obejmie swój urząd z zamiarem uspokojenia sytuacji w Afganistanie poprzez wysłanie tam dodatkowych wojsk i sięgnięcia po lokalnych przywódców, zapewne przekona się, że to dobry punkt wyjścia. 2. Rosja podbija Afrykę O przygodach Chińczyków na Czarnym Lądzie napisano już mnóstwo. Tymczasem do Afryki z rozmachem wkracza Rosja, która zdobywa kontrakty na gaz i ropę, licząc na uzyskanie jeszcze większego wpływu na globalny rynek energetyczny. We wrześniu rosyjski Gazprom dostał koncesję na wydobycie i przesył gazu w Nigerii, która ma prawdopodobnie największe na świecie zasoby tego surowca. Niezależnie od przygotowania pakietu „marchewek” obejmującego na przykład pomoc w elektryfikacji kraju Gazprom zgodził się również wyłożyć pieniądze na transsaharyjski gazociąg o długości prawie pięciu tysięcy kilometrów. Rosyjski gigant we współpracy z włoskim koncernem ENI zamierza sfinansować rurę, którą libijski gaz będzie można tłoczyć do Europy po dnie Morza Śródziemnego. Rosja już zaproponowała Libii wykupienie całości eksportu gazu oraz części eksportu ropy. Jeśli porozumienie dojdzie do skutku, wszystkie dostawy energii do UE znajdą się pod rosyjską kontrolą. Rosja podpisała też umowy w Algierii, Angoli, Egipcie i na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Ich wartość wynosi trzy i pół miliarda dolarów, a realizacja rozpocznie się najdalej w przyszłym roku. Rosja pragnie także zdobyć serca i umysły Afrykanów. Państwom Czarnego Lądu umorzyła 20 miliardów dola-rów długu i ogłosiła pakiet bezzwrotnej pomocy w wysokości pół miliarda dolarów. A kilka miesięcy po tym, jak Zimbabwe otworzyło w Moskwie swoje biuro turystyczne, Rosja zapobiegła nałożeniu na ten kraj ONZ-owskich sankcji. Nic dziwnego, że Europa się niepokoi. Jeśli Rosjanie będą kontrolować przepływ gazu ze wschodu i z południa, UE zostanie właściwie pozbawiona możliwości znalezienia alternatywnych źródeł dostaw. Nieprzypadkowo zaraz po wojnie rosyjsko-gruzińskiej Unia zaproponowała 21 miliardów dolarów na rurociąg transsaharyjski. Niech więc się zacznie ten wielki wyścig. 3. Kolumbia zwiększa produkcję kokainy Uprawa koki jest główną przyczyną chaosu w Kolumbii. Rebelianci mają dzięki niej pieniądze na zakup broni i mogą hamować rozwój kraju. Po prawie 10 latach okazało się, że wspierane przez USA próby ograniczenia upraw koki nie tylko okazały się chybione, ale wręcz odniosły przeciwny skutek. Plan „Kolumbia” zakładał likwidację plantacji oraz przywrócenie ładu po trwającej kilka dekad wojnie z lewicową partyzantką. Tymczasem jak wynika z ubiegłorocznego raportu amerykańskiego Biura Odpowiedzialności Rządowej (GAO), w latach 2000–2006 produkcja kokainy zwiększyła się o 15 procent. ONZ z kolei wyliczyła, że tylko w roku 2007 powierzchnia upraw koki wzrosła o 27 procent. Łagodnie mówiąc, coś tu nie gra. Spryskiwanie pól z powietrza i ich ręczne niszczenie okazały się skuteczne na krótką metę. Wieśniacy nie zrezygnowali z interesu, bo nie mają żadnej równie lukratywnej alternatywy. Tymczasem wartość rynkowa kilo-grama kokainy wzrosła z 450 dolarów w 2007 roku do ponad dwóch tysięcy. Na realizację planu „Kolumbia” Stany Zjednoczone wydały już sześć miliardów dolarów, mimo to Kolumbia wciąż dostarcza 90 procent światowej kokainy. Chyba najwyższy czas na refleksję. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.Najpopularniejsze teksty
Zobacz, przeczytaj![]() ![]() ![]() ![]()
Promocja„Przekrój” 30/2010 W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku • Stenka wołałaby być... • Żuławski kocha... • Prawdę o Tu-154 poznają.... Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|