22.02.2009
Żołnierze Chrystusa w Bielkowie

Marcin Fabjański

Znajomość trzech języków obcych, zaprogramowany etos modlitwy i pracy, niechęć do mrocznych pomieszczeń i brak skrywanych myśli. Takie cechy posiądzie absolwent szkoły zakonu legionistów Chrystusa, która powstanie pod Gdańskiem. Jeśli powstanie

Sprawa kompleksu szkół, które ma stawiać zakon z Meksyku, odżywa w gminie Kolbudy co wiosnę. – W tym roku to już na pewno zbudują – szemrzą miejscowi, ale z roku na rok ciszej. Bociany przylatują i odlatują, a szkół jak nie było, tak nie ma. I tak już od roku 1999.
Instytucje oświatowe od przedszkola po uniwersytet – o których piszą na wiosnę lokalne gazety, a w tym roku nawet sama „Wyborcza” – bardzo by się gminie przydały. Bo to i zatrudnienie dla miejscowych, i prestiż. Bogumiła Naczk, sołtys Bielkowa, gdzie ma stanąć szkoła, uważa, że inwestycja byłaby drugim wielkim skokiem cywilizacyjnym dla wsi, po doprowadzeniu oświetlenia głównej drogi z Lublewa: – Cokolwiek by tu zrobił ten zakon, byłoby dobrze. Tylko czy coś zrobi?
Bielkowo liczy 153 głowy i 20 domów rozrzuconych wśród pagórków. W popegeerowskiej wsi rolników już nie ma. Emeryci i renciści uprawiają przydomowe ogródki. Najbliższy sąsiad przyszłego zespołu szkół nazwiska nie poda, a bez nazwiska to może co najwyżej wzruszyć ramionami: – To taka bajka. Ja już w nią nie wierzę.
Ksiądz Kazimierz Południak, proboszcz z kościoła w Lublewie, który jeszcze Krzyżacy stawiali, o zamiarach legionistów wie tyle ile z plotek. – Ze mną nigdy się nie kontaktowali – mówi nie bez żalu. – Ale nie muszą. To zakon autonomiczny, na prawie papieskim, nie podlega diecezji.
Najwięcej w gminie Koblewy o zakonie wie wójt Leszek Grombala. Widział nawet ojców zakonnych na własne oczy.

Wójt mruży oczy

Leszek Grombala w biurze przyjmował już różnych ludzi – w tym znanych biznesmenów. Bo Kolbudy to gmina podmiejska, górska, pełna lasów i jezior – cel migracji mieszczuchów z Trójmiasta, a nawet Krakowa. Zajmuje 56. miejsce w Polsce pod względem zamożności, na 2800 gmin. Dwaj zakonnicy w czarnych marynarkach i z dziwnym akcentem wcale wójta nie zdziwili, gdy przyszli zimą 1998 roku. Zwłaszcza że wizytę zorganizował pan Polikarp. Wójt Grombala: – Poldek to stary znajomy, ma w gminie dużo ziemi, uwielbiam toczyć z nim długie dysputy.
Zakonnicy opowiedzieli, że na ziemi Polikarpa zbudują wielki kompleks oświatowy, wójt grzecznie wysłuchał, ale i tak pomyślał swoje. – Traktowałem to z przymrużeniem oka – opowiada. Ojcowie chyba wyczuli brak wiary wójta, bo zaprosili go razem z Polikarpem do Hiszpanii: do Toledo, Salamanki, Madrytu. Żeby pokazać, jak działają ich szkoły.
– Nauczanie języków obcych opanowali do perfekcji – wójt aż cmoka z zachwytu.
Zachwycili go chłopcy w stalowych mundurkach i krawatach, dziewczynki w spódniczkach w kratę i podkolanówkach. To, że uczą się i bawią oddzielnie. I że spokój tam panuje jak nie w szkole. Na przerwach malcy rozrabiają, ale jeszcze nie przebrzmi dzwonek na lekcję, a już stoją karnie w szeregach, gotowi pomaszerować do klas.
Wójt wrócił do Kolbud, opowiedział gminnej radzie, co widział, a rada przegłosowała: rolne grunta Polikarpa należy przekwalifikować na budowlane.

Dobroć w genach
Pan Polikarp nie chce widzieć swojego nazwiska w prasie. Siedem lat temu na drodze między Tunisem a Kartaginą miał przebłysk. Przez okno samochodu zobaczył wielki uniwersytet w szczerym polu, a raczej na pustyni. Zapragnął takiego samego pod Gdańskiem.
– Rozmawiałem z jednym prawnikiem, z drugim, z architektem. Nie wiedziałem, czy jak wystąpię z propozycją oferowania gruntów, to się nie ośmieszę – opowiada.
Polikarpa interesują uniwersytety. Sam skończył trzy klasy technikum, więc wie, jak ciężko w życiu bez edukacji. A że ma trochę majątku – dawniej hodował świnie, a zyski zainwestował w ziemię – to chce innym trudu oszczędzić.
Wójt Grombala: – To bardzo wrażliwy człowiek.
Trzy lata temu Polikarp kupił rodzinie z Kazachstanu mieszkanie. Bo wzruszył go list, który przysłała do gminy. Do dziś szuka człowieka, który przygarnął go z dworca, nakarmił, pozwolił na kąpiel i zaprowadził do stoczni, gdy przyjechał do Gdańska niedługo po wojnie. Polikarp oburza się na dziennikarzy, którzy napisali, że przyjechał z kartonową walizką: – Miałem porządną walizkę ze skóry. W kieszeni tylko dwa złote, bo nie chciałem od ojca pieniędzy. Miałem 16 lat, ale w głowie poukładane.
Wójt Grombala: – To człowiek z Podlasia, z chłopskiej rodziny. Dobroć ma w genach. Przez lata w stoczni utyrał się jak niewolnik. Teraz powtarza, że chce nadrobić te lata. Był już w 60 krajach świata.
Polikarp o sobie: – Wiem, że nie wysławiam się dobrze po polsku, ale wiele osiągnąłem pracą i nie mam kompleksów.
Ma za to świetną pamięć. Kiedyś, gdy wracał „Batorym” z USA do Gdyni, usiadł i podliczył wydatki w Ameryce co do centa. W głowie, bez użycia kartki. Ale to nie ta pamięć dała mu pieniądze, tylko zmysł do biznesu. – Gdziekolwiek spojrzę, widzę możliwość zarobienia pieniędzy – mówi.
W Pomorskiem do dziś się dziwią. Jak ten człowiek w czasach komuny wiedział, które grunty za 20 lat będą najdroższe? Jeden ze znajomych Polikarpa ma taką teorię: – Miał dobrze za komuny, teraz chce odkupić partyjną przeszłość i daje pieniądze na zakon.
Sam Polikarp mówi co innego: – Pieniądze daję na edukację, nie na zakon.
Nagabywanie prawników przez Polikarpa o darowiznę z ziemi odbiło się echem po Trójmieście. Szybko zadzwonił do niego prałat z kurii, znajomy sprzed lat. I umówił z zakonnikami.
– Przyszło dwóch braci, w tym ojciec Bernard. Zdziwili mnie, bo mieli już mapkę z moimi terenami w Osowej – wspomina Polikarp. – Poprosili o trzy hektary na szkołę. Powiedziałem: Mogę wam dać 30 hektarów gdzie indziej. Tylko, że ma tam być uniwersytet.
Ojciec Bernard nie wahał się ani sekundy: – Nie ma sprawy – powiedział.

Lider w sensie duchowym

Powołanie spłynęło na ojca Bernarda Skertchly'ego, gdy miał 11 lat. Razem z bratem marzył o zakonie franciszkanów, ale ojciec powiedział: nie! Zgodził się na legionistów Chrystusa, bo dawali stypendium. Bracia wsiedli do autobusu i pojechali 600 kilometrów do Mexico City. Dołączyli do 600 księży i 2,5 tysiąca seminarzystów.
– Pewnie, że tęskniłem za domem – mówi ojciec Bernard. – Ale w seminarium legionistów życie jest bardzo zdrowe: spacery, dużo sportu, proste jedzenie, codzienna msza i modlitwa.
Jest też konkurencja. Nie tylko w nauce – także w sporcie i zachowaniu. Jest ocena postawy religijnej. Są reguły. Na przykład jak używać sztućców: nóż trzymać dłonią w górnej części trzonka, nie prostować palca wskazującego na ostrze. Jest cenzura listów, które przychodzą. Zakaz pisania do rodziny częściej niż raz w miesiącu.
Ojciec Bernard: – W zakonie uczą, że bycie katolikiem nie jest zabawą, tylko aktywnym działaniem, doskonaleniem się, żeby zostać liderem w sensie duchowym.
Bernard Skertchly nie wie, jak został na 11 lat osobistym sekretarzem założyciela i generała zakonu Marciala Maciela: – Tak jakoś samo wyszło.
Ale to, że nim był, daje mu pewność: – Oskarżenia generała o seksualne molestowanie chłopców w zakonie to kompletna bzdura. Byłem z nim dzień i noc, nie mógłbym nie zauważyć.
Zarzut wysunęli byli członkowie zakonu. W USA działa organizacja Regain, która skupia rzekome ofiary. Ma ona potężną stronę internetową z relacjami poszkodowanych, przykładami technik prania mózgu i sekciarskich metod legionistów. 84–letni ojciec Maciel twierdzi, że jest niewinny. Tydzień temu przestał być generałem zakonu – nie dlatego, że ciągną się za nim oskarżenia (zdaniem brytyjskiej prasy w grudniu 2004 roku Watykan wszczął nowe śledztwo, choć oficjalnie Stolica Apostolska tego nie potwierdza), ale dlatego, że poczuł się zmęczony.
1 2