26.10.2003
Nauczyciele języków obcych

Zbigniew Mentzel

Zaraz po dzwonku nauczycielka pojawiała się w klasie, po czym natychmiast zapadała w rodzaj letargu, od czasu do czasu przerywanego tylko po to, by przejrzeć jakieś czasopismo albo pogmerać leniwie w torbie

Nauczycielka języka rosyjskiego w znanym warszawskim liceum ogólnokształcącym, którego jestem absolwentem, nie uczyła nas w ogóle. Na mocy milczącego obopólnego porozumienia stron taki stan rzeczy utrzymywał się aż do matury. Mówiąc „nie uczyła nas w ogóle”, nie chcę powiedzieć, że niczego nie potrafiła nas nauczyć, że brak zdolności pedagogicznych nie pozwalał jej nawiązać z nami kontaktu, że miała niskie wymagania. Nie, nic podobnego. Nauczycielka języka rosyjskiego nie uczyła nas w ogóle – proszę  rozumieć to w sposób jak najbardziej dosłowny. Przez cztery lata lekcje odbywały się zgodnie z planem, ale były fikcją. Zaraz po dzwonku nauczycielka pojawiała się w klasie, siadała za stołem nauczycielskim, po czym natychmiast zapadała w senne odrętwienie, rodzaj letargu, od czasu do czasu przerywanego tylko po to, by przejrzeć jakieś czasopismo albo pogmerać leniwie w torbie. Świadomi, że przez godzinę mamy wolne, na lekcjach języka rosyjskiego odrabialiśmy prace domowe z innych przedmiotów albo odpoczywaliśmy, grając w inteligencję czy w okręty. „Lekcja”  przebiegała w spokoju, którego nikomu nie przychodziło do głowy zakłócać. Niespotykana prostota, z jaką nauczycielka olewała  wykonywanie swoich zawodowych obowiązków, budziła w nas zdumienie, ale i niejaki szacunek. Na swój sposób poważaliśmy tę zmęczoną  kobietę o łagodnej powierzchowności.
Nauczyciel języka niemieckiego był w porównaniu z nią potworem – bano się go wprost panicznie. Ciężki, zwalisty, z mięsistą purpurową twarzą i z łysiną zaczesywaną na pożyczkę twierdził, że jest uderzająco podobny do Rogera Moore’a z serialu „Święty” i oczekiwał potwierdzania tej niedorzeczności. Do chłopców nie wiadomo, dlaczego zwracał się wyłącznie per „Alojzy”, do dziewcząt zaś per  „Franciszka”. Wzywając do odpowiedzi, rzucał każdemu w twarz pogardliwe „Dukaj!” Na jego lekcjach panowała wzorowa dyscyplina, na najmniejsze jej naruszenie reagował wybuchami niepohamowanej wściekłości. W przypływie dobrego humoru lubił zakładać się o tabliczkę wedlowskiej czekolady, że nikt nie zagnie go ze znajomości niemieckiego słownictwa. Ktoś, kto przyjmował zakład, wyszukiwał w wielkim słowniku niemiecko-polskim i polsko-niemieckim dowolne rzadko używane niemieckie słowo, wypisywał je na tablicy, nauczyciel zaś podawał bezbłędnie polski odpowiednik i inkasował czekoladę, którą niezwłocznie pochłaniał, oblizując palce. Zajadły wróg nowoczesnych metod nauczania wymagał jednego: kucia, kucia i jeszcze raz kucia. Wykuwaliśmy więc na blachę niemieckie czytanki i jestem pewien, że do dzisiaj każdy, kogo uczył, obudzony w środku nocy pytaniem: Wer war Bodo? (Kim był Bodo?), odpowie bez wahania: Bodo war ein Riese (Bodo był olbrzymem). Nigdy w życiu nie spotkałem pedagoga, który nawet kompletnych osłów i wałkoni potrafiłby tak mobilizować do wysiłku.
W ludzkim zwierzyńcu nazywanym szkołą obojgu mym nauczycielom języków obcych udało się przetrwać do końca swoich dni.

Zbigniew Mentzel
"Przekrój" nr 43/2003