|
Odgrzewany Freddie
Małgorzata Sadowska Nie taki „Koszmar...” straszny „Raz, dwa, freddy już cię ma; trzy i cztery, zaraz w drzwi uderzy” – a właściwie już uderza, choć nie z taką siłą jak w 1984 roku, gdy po raz pierwszy pojawił się w „Koszmarze z ulicy Wiązów” Wesa Cravena. Tam na naszych oczach pryskał american dream, a białe domki na przedmieściach okazywały się iluzorycznym schronieniem przed złem. Czaiło się ono za świeżo wypranymi firankami, krążyło po kolorowych sypialniach, ukrywało w piwnicach, by uderzyć z potworną mocą i zatopić pozory szczęścia i niewinności w hektolitrach krwi. Tamten „Koszmar...” miał też podtekst seksualny, demony budziły się w buzujących hormonami nastolatkach. U Cravena największy niepokój budziła zwyczajność, w którą nagle wkroczył Freddie. U Bayera od pierwszych scen jest dziwnie, nierealnie, groźnie, a reżyser hojnie szafuje ikonografią grozy: mamy czarno-białe fotografie z wydrapanymi oczami, upiorny zgrzyt huśtawki, świńskie łby, dzieci zjawy, zapomniane budynki na uboczu. Nastolatki nawet nie udają radosnych – zdecydowanie bliżej im do kolegów ze „Zmierzchu” niż do pierwowzorów z 1984 roku. Freddie pojawia się w ich życiu jako tłumione niszczące wspomnienie, nieprzerobiona trauma (nic dziwnego, że serię nieszczęść prowokuje zdjęcie z dzieciństwa). Zło tkwi w nas samych, jest splotem niespłaconych krzywd i win. U Bayera mniej jest krwi, a więcej nastroju – no i efektów specjalnych. Niczym jednak nowy „Koszmar” nie zaskakuje, w niczym nie dorównuje oryginałowi. Ot, odgrzewany kotlet, który siłą rzeczy stracił już dawno swój smak. Kogo nie przerażał pierwszy Freddie, ten nadal będzie spał spokojnie; a kto bał się wtedy, niech pamięta: „pięć, sześć, krzyż ze sobą nieś”... Małgorzata Sadowska, "Przekrój" 28/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|