|
Bez zaskoczenia
Bartek Winczewski Sade się nie zmieniła. Fanów to ucieszy, pozostałych rozczaruje Kochamy spektakularne powroty po latach. Uwielbiamy, kiedy gwiazdy poprzednich epok wracają na rynek z nowymi pomysłami na siebie i swoją twórczość. Naiwnie wierzyłem, że także brytyjska wokalistka po 10 latach milczenia odważy się wyjść ponad to, co wymyśliła dla siebie ponad ćwierć wieku temu. Fakt, nie było i nie ma drugiej grupy, która z takim sukcesem sprzedawałaby fuzję bezpiecznego, salonowego popu i soulu z dyskretną domieszką jazzu, elektroniki i muzyki etnicznej, jednak nie zaszkodziłoby rozejrzeć się za nową, młodszą publicznością. Nadzieję, że coś drgnęło, dawała tytułowa piosenka„Soldier of Love” promują-ca album. Drapieżna, nowocześnie wyprodukowana, bardziej niż z Sade kojarzy się z Grace Jones i nic dziwnego, że nawet alternatywne marudy z serwisu Pitchfork chyliły przed nią czoła. Folkowa ballada „Be That Easy” też pachnie nowością, ale na tym koniec niespodzianek. Cała reszta, choć jak zwykle podana elegancko, z dbałością o klimat i aranżacyjny szczegół, mogłaby się znaleźć na każdym z pięciu poprzednich albumów Sade. Dla wiernych fanów to dobra wiadomość, bo ci zwykle nie chcą, by ich idole kiedykolwiek się zmieniali. Sade daje im ten komfort. Od debiutu w 1984 roku nagrywa z tym samym zespołem. Ci sami ludzie od lat kręcą dla niej klipy. Wizualnie Sade Adu też niewiele się zmieniła. Jak jednak wytłumaczy swoim oddanym sympatykom, że po raz pierwszy w karierze nie potrafiła napisać choćby jednej przebojowej piosenki? Bartek Winczewski „Przekrój” 08/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|