Strona główna > Kultura > Przekrój poleca > Piękni na zabój
1.07.2010
Piękni na zabój

Michał Oleszczyk

„Butch Cassidy i Sundance Kid” powracają. A razem z nimi Redford i Newman – jedyny taki aktorski duet

Powiększ zdjęcie

fot. Vivarto
5.gif „Butch Cassidy i Sundance Kid”, reż. George Roy Hill, USA 1969, Vivarto, 110’, premiera 25 czerwca

Powtórki z kontrkultury ciąg dalszy-: firma Vivarto po wprowadzeniu- na ekrany odnowionych kopii „Bonnie i Clyde’a” (1967) i „Zabriskie Point-” (1970) domyka trylogię. „Butch Cassidy i Sundance Kid” to bunt w wydaniu najlżejszym. W centrum stoi co prawda tytułowa para rzezimieszków, ale krew nie leje się prawie wcale. A kiedy już się leje, to tylko dlatego, że bohaterowie raz jeden zdecydowali się stanąć po stronie prawa (przemoc staje im zresztą ością w gardle; nie są zabijakami).

Miło donieść, że klasyk trzyma się mocno – i to więcej niż z jednego powodu. Po pierwsze, udało się tu obsadzić dwie pary najbardziej błękitnych męskich oczu, jakie kiedykolwiek spoglądały na nas z ekranu. Po drugie, ich posiadacze (Robert Redford i Paul Newman, rzecz jasna) znakomicie wygrywają kontrasty między swymi postaciami. Cichy Sundance Kid – jeszcze nieświadomy, że kiedyś użyczy imienia festiwalowi kina niezależnego – sekunduje szelmowskiemu Butchowi, a ten drugi patrzy zazdrośnie na kumpla i jego związek z Ettą (Katharine Ross), w której sam się kocha. Jest w ich wspólnym zbójowaniu niewinność dziecinnej zabawy: Butch dba nawet o to, by nic się nie stało nadgorliwym strażnikom cudzej własności. Zupełnie, jakby przewodził podwórkowej bandzie i pilnował, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy.

Po trzecie wreszcie, jest to film znakomicie zrealizowany. Operator Conrad Hall dostał Oscara za swój piękny flirt z sepią, a całość jest zmontowana tak, że do dziś można się na „Butchu...” uczyć rzemiosła. Niesamowita, prawie półgodzinna sekwencja ucieczki przed majaczącymi w oddali stróżami prawa nie jest ilustrowana żadną muzyką – niezwykle odważny krok jak na gatunkowy film A.D. 1969.
Oscarowa muzyka Burta Bacharacha jest za to obecna w innych scenach, a piosenka „Raindrops Keep Fallin’ on My Head” wwierca się w mózg swą miłą powtarzalnością tak skutecznie, że bardzo trudno się jej po seansie pozbyć. Cały film zresztą jest jak refren: wygrywa nasze serca nie tyle zaskoczeniem, ile ciągłym powrotem do głównego tematu – męskiej przyjaźni na śmierć i życie. Dziwny miłosny trójkąt tworzony przez Butcha, Kida i Etty – uformowany na wzór „Julesa i Jima” – nie przesłania tego, że tak naprawdę liczy się w tym filmie jedna tylko para. Ta, między którą może paść wyznanie najintymniejsze ze wszystkich („Nie umiem pływać!”). Ta, którą George Roy Hill obsadzi trzy lata później w „Żądle”. Ta wreszcie, która zastyga w finałowej stop-klatce i którą kochamy za bardzo, by na naszych oczach mogły dosięgnąć ją jakiekolwiek kule.   

Michał Oleszczyk
„Przekrój” 26/2010


„Przekrój” 36/2010 

okladka_mini_35.jpg W sprzedaży od wtorku, 7 września 2010 roku

• Henryka Krzywonos - ikona uczciwości
• Kto uwierzy w pandemię?
• Mazurek kontra Migalski

Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści

Koniecznie przeczytaj