Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Gdzie jest brat nasz, Abel?
30.01.2010
Gdzie jest brat nasz, Abel?

rozmawia Katarzyna Janowska

Jestem jak piekarz, murarz czy facet, który wylewa asfalt – mówi w rozmowie z Katarzyną Janowską Abel Korzeniowski, nominowany do Złotego Globu za muzykę do filmu Toma Forda „A Single Man”*

Powiększ zdjęcie

ilustracja Ewa Hryniuk
Zaledwie cztery lata temu przeniósł się pan z Polski do Los Angeles i od razu trafił do grona nominowanych do Złotych Globów. „A Single- Man” z gwiazdorską obsadą zbiera nagrody na festiwalach, ma świetne recenzje i gwiazdorską obsadę. Pański udział w tym przedsięwzięciu to potwierdzenie mitu, że Ameryka to kraj nieograniczonych możliwości?
– I tak, i nie. Tom Ford bardzo długo szukał kompozytora. Przesłuchał całe mnóstwo demo. Moją muzykę podsunęła mu montażystka, z którą współpracowałem przy moim amerykańskim debiucie „PU 239” [polski tytuł to „Połowiczny rozpad Timofieja Bieriezina” – przyp. red.] wyprodukowanym przez HBO. Miałem szczęście. Ford zakochał się w mojej muzyce.

Wie pan, co go zachwyciło?
– Dostał też kompozycje, które napisałem w Polsce, między innymi muzykę do „Metropolis” Fritza Langa, spektaklu teatralnego „Kafka” i do filmu „Anioł w Krakowie” Artura Barona Więcka, która robiła największe wrażenie. Myślę, że to był klucz do drzwi Hollywood.

A może potrzebowali kogoś z doświadczeniem, bo to film debiutantów? Tom Ford po raz pierwszy wystąpił w roli scenarzysty i reżysera, Edward Grau (rocznik 1981) debiutuje jako autor zdjęć. Wygląda na to, że poza gwiazdami – Julianne Moore i Colinem Firthem – byłeś- w tym gronie człowiekiem z największym doświadczeniem.
– Tom Ford jako dyrektor kreatywny Gucciego od lat brał udział w kręceniu reklamówek. Musiał myśleć kadrem, światłem. Poza tym zaczynał karierę jako aktor, więc poznał film także od tej strony...

Wydaje się, że to za mało, żeby napisać dobry scenariusz i nakręcić interesujący film, a jednak się udało.
– Fakt, że Ford sam napisał scenariusz, wydaje mi się absolutnie niezwykły. Oparł go co prawda na książce Christophera Isherwooda, ale była ona jedynie punktem wyjścia. Jest to opowieść o mężczyźnie, którego wieloletni kochanek zginął w wypadku samochodowym. Refleksyjna opowieść o życiu, przemijaniu, pustce, której nie można niczym wypełnić. Wiedząc, że strumień świadomości dobrze sprawdza się w literaturze, ale nie w filmie, Ford w scenariuszu udramatyzował akcję. Jego bohater postanawia popełnić samobójstwo. Oglądamy ostatni dzień jego życia wzbogacony o wspomnienia z przeszłości. Film ma bardzo piękne zdjęcia, ich tonacja podkreśla nastrój bohatera. Tom doskonale wiedział, co chce osiągnąć, i był w stanie bardzo precyzyjnie określić, czego oczekuje od mojej muzyki. Ponieważ łączy nas obsesyjne skupianie się na szczegółach, praca nie była łatwa. Spieraliśmy się często. Ale jestem dumny z tego, co powstało.

W Polsce zdobywał pan nagrody, pisał muzykę do spektakli telewizyjnych – piękny początek kariery. I w takim momencie pakuje pan walizki i decyduje się zaczynać w Stanach od zera jako nikomu nieznany kompozytor. Akt desperacji czy młodzieńcza wiara, że podbije pan świat?
– Raczej racjonalna kalkulacja. Wiedziałem, że jeśli zostanę w Polsce, zrobię jeden film na dwa lata. To za mało, żeby się rozwijać. Uznałem, że choć w Stanach zaczynam od zera, to i tak w ciągu pięciu lat uda mi się zrobić więcej filmów niż w Polsce. Poruszać się po rynku amerykańskim pomógł mi Jan A.P. Kaczmarek [zdobywca Oscara za muzykę do filmu „Marzyciel” – przyp. red.].
Żeby dostać pierwszy projekt w Stanach, trzeba mieć agenta. A agenta zdobywa się z chwilą, gdy ma się już na koncie pierwszy projekt w Stanach. Nie wyglądało to najlepiej.
Zacząłem rozglądać się za agencją, która mogłaby być mną zainteresowana. Wybrałem sześć bardzo dobrych. Wysłałem e-maile z informacją o sobie i pytanie, czy mogę wysłać demo. Dostałem trzy odpowiedzi, jedną po 15 minutach. Natychmiast wysłałem płyty. Na Wielkanoc pojechaliśmy z żoną do Krakowa. Nagle brat przynosi mi komórkę i mówi, że wyświetla się jakiś dziwny numer z trzynastką na początku. Wziąłem telefon, ręce mi zaczęły drżeć, bo to nie była trzynastka, tylko +1, czyli Stany. Dzwonili ludzie z agencji, do której uderzałem. Usłyszałem, że chcą ze mną podpisać kontrakt i że wybrali mnie spośród 200 chętnych do współpracy kompozytorów. To była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu.

Otworzyły się wrota do filmowego raju.
– Tak mi się wydawało. Ale wtedy właśnie zaczęły się schody. Okazało się, że aby oficjalnie podjąć pracę, muszę mieć specjalną wizę. A z kolei żeby ją dostać, muszę zgromadzić kilogramy dokumentów. Trwało to kilka miesięcy. Raj, który wydawał się w zasięgu ręki, zaczął się szybko oddalać.

W końcu jednak wylądował pan wraz z żoną na lotnisku w Los Angeles. I co dalej?
– Nie mieliśmy nic: ani mieszkania, ani zapewnionej pracy. Na dwa tygodnie przygarnęli nas przyjaciele. W tym czasie musieliśmy kupić samochód i znaleźć mieszkanie. I znowu zaczęły się schody, bo żeby wynająć auto i lokum, trzeba mieć tak zwaną historię kredytową, która umożliwia właścicielowi sprawdzenie, czy najemca będzie wywiązywał się ze swoich płatności. Z góry byliśmy więc skreśleni. Szczerze mówiąc, wyglądało to przerażająco. W końcu cudem trafiliśmy na właścicielkę, z którą udało się bezpośrednio porozmawiać i wytłumaczyć jej, że nie mamy historii kredytowej, bo dopiero przyjechaliśmy. Mieliśmy oszczędności pozwalające przetrwać pierwsze pół roku. Całe nasze wcześniejsze życie upchnęliśmy w czterech walizkach. Resztę musieliśmy dokupić. Naszymi ulubionymi sklepami stały się 99 Cent Store, czyli „wszystko za 99 centów”.

Kraków, z którego pan wyjechał, to w porównaniu z Los Angeles bezpieczne, przewidywalne pod każdym względem miasto. Jak się panu żyje w Mieście Aniołów?
– Po pierwsze, bardzo spokojnie. LA to nie Nowy Jork. W Los Angeles przeważa niska zabudowa, jest tu czym oddychać. W Downtown zabudowanym drapaczami chmur bywamy z żoną raz do roku, kiedy musimy załatwić coś w urzędach. Zresztą LA to nie tylko przyjazna architektura. Przede wszystkim to rozbuchana przyroda, która wychodzi z każdego zakątka miasta. Jest tu całe mnóstwo dzikich parków, w których czasami grasują lwy górskie. Teraz, kiedy rozmawiamy, u mnie jest dziesiąta rano [w Polsce godzina 19 i minus 10 stopni – przyp. red.], świeci słońce, jest 20 stopni ciepła – piękna wiosna. Za oknem mam krzew z czerwonymi kwiatami, latem przylatują kolibry, zaczyna kwitnąć magnolia. W ogrodzie mamy drzewka pomarańczowe i cytrynowe. I przede wszystkim jest mnóstwo światła, dzięki któremu łatwiej przeżyć trudne chwile. Kiedy porównam pierwsze pół roku po przenosinach z Krakowa do Warszawy z pierwszymi miesiącami w Stanach, to mimo wszystko tutaj łatwiej było to przeżyć. Nie ma, niestety, takich kamienic jak w Krakowie, ale nie można mieć wszystkiego.

Czy pańskie pochodzenie to w Hollywood atut?
– Czasami. Miałem parę propozycji pracy przy filmach, które tematycznie związane były z Europą Wschodnią. Ich twórcy szukali kogoś, kto przez muzykę oddałby klimat naszej części świata. Z tego klucza, jak podejrzewam, dostałem swój pierwszy film, którego akcja toczy się w Rosji.

W Stanach większość ludzi skądś przyjechała. Myśli pan, że pańska muzyka nieuchronnie niesie w sobie coś polskiego czy wschodnioeuropejskiego?
– Na pewno od przeciętnego kompozytora amerykańskiego różnię się tym, że mam zdecydowanie bardziej klasyczne zamiłowania, na pewno słyszalne w moich kompozycjach. Co do polskich korzeni w muzyce, to jestem przekonany, że one są, ale w jakiś dla mnie nieuchwytny, trudny do zdefiniowania sposób.
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.

Koniecznie przeczytaj







„Przekrój” 30/2010 

okladka_mala_29.jpg W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku

• Stenka wołałaby być...
• Żuławski kocha...
• Prawdę o Tu-154 poznają....

Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści