|
Komorowski: żaden ze mnie brojler
rozmawia Piotr Najsztub Potrawa wolno dojrzewająca, lekkostrawna, z nutą bitewnego ogniska, niekwaśna, niesłona i niesłodka – taki być może będzie przyszły prezydent Bronisław Komorowski
Sytuacja jest taka: prima balerina postanowiła jednak zostać dyrygentem, więc znienacka ogłoszono wśród chórzystek konkurs na następną prima balerinę i pan bierze w nim udział.
– Nie można tego bardzo trudnego wyboru sprowadzać do takiego operowego porównania, bo tu chodzi jednak o to, aby lepiej i skuteczniej modernizować Polskę. Tak słyszałem. Kiedy dowiedział się pan, że Tusk nie będzie kandydował? – Kandydowanie i niekandydowanie Donalda Tuska z wariantami, kto ewentualnie może wchodzić w grę, jeżeli nie on, było omawiane od paru miesięcy. A kiedy po raz pierwszy poczuł pan, że ma „buławę w plecaku”, że może pan być ewentualnym kandydatem? – Czuję się w znacznej mierze politykiem spełnionym, bo jestem człowiekiem, który w polityce osiągnął niesłychanie dużo... Ale pana politykowanie było trochę trwaniem... A co z buławą? – I nie czułem się nigdy politycznym brojlerem, który rośnie w sposób nieuzasadniony, na sztucznych witaminach. Moja kariera polityczna przebiegała niesłychanie harmonijnie i stopniowo, umacniając we mnie wewnętrzne przekonanie, że mam w sobie potencjał, który pozwala mi na normalnej drodze rozwijać się i sięgać po coraz wyższe funkcje. O żadnym czekaniu nie ma mowy... Mówiłem o trwaniu. – Czy trwaniu. To było zdobywanie kolejnych szczebli nie tylko kariery, ale i wtajemniczenia, wiedzy, umiejętności, bez ruchów konika szachowego albo laufra, który przebiega przez całą szachownicę nerwowym ruchem, korzystając z jakiejś tymczasowej koniunktury. Ktoś złośliwie mógłby nazwać przebieg pańskiej kariery efektem kuli śniegowej. – Nie widziałbym w tym złośliwości. Byłaby, jeśli by mówił dalej: „A czy z tej kuli nie powstanie bałwan?”, w takim sensie, że nie wiadomo co – oprócz zamiłowania do demokracji, skłonności do kompromisu – ma pan w środku? – Chyba nie kwalifikuję się do tego, żeby rozważać, co ma w środku bałwan, szczególnie jeśli ma mnie to dotyczyć, a myślę, że paru większych bałwanów by się w polskiej polityce łatwo znalazło... Jeżeli 20 lat funkcjonuje się w demokratycznej polityce, to nie tylko jest się stale prześwietlanym przez opinię publiczną, ale także stale obserwowanym. Opinia publiczna wie, co mam w środku, bo 20 lat się publicznie wypowiadam. I jestem wdzięczny losowi i konkretnym osobom, że startując do polityki demokratycznej z pozycji człowieka o niesłychanie radykalnych poglądach, a taki byłem... Już nie pamiętamy pana takiego. – Wielu pamięta, a może dzięki Tadeuszowi Mazowieckiemu uzyskałem szansę na lepsze odnalezienie się w polityce demokratycznej, zostawiając radykalizm za sobą. Więc Mazowiecki założył panu długie, poważne spodnie, ale przypomnijmy, kiedy pan był taki radykalny, w czym? – W okresie opozycji antykomunistycznej należałem do tych środowisk, które były najradykalniejsze. Niewątpliwie kwestie wychowania rodzinnego miały decydujące znaczenie, jeżeli chodzi o mój stosunek do działań politycznych i wszelkiej formy kompromisu. Byłem przeciwnikiem jakiegokolwiek kompromisu z komunistami i uważałem niemal za zdradę narodową Okrągły Stół i porozumienie w Magdalence. Na szczęście poszło inaczej, niż ja to sobie wyobrażałem, właśnie w kierunku kompromisu, bo tylko kompromis mógł Polsce zapewnić ewolucyjną zmianę. W PRL-u państwo było wrogiem, tu państwo jest nasze, wspólne, więc dziś uważam, że w polityce demokratycznej zdolność do zawierania kompromisu jest czymś absolutnie niezbędnym. Kiedy powiedział pan żonie: „Słuchaj, może będzie taka konieczność, możliwość, że będę kandydatem na prezydenta”? – Wtedy, kiedy sprawa stała się aktualna, tuż przed wystąpieniem Donalda Tuska. Jak zareagowała? – Źle, zdecydowanie źle... Wydaje mi się, że to jest jeden z najpoważniejszych problemów funkcjonowania w polityce. Ale był płacz, krzyk: „Zwariowałeś!”? – Polityka jest niszcząca dla życia rodzinnego i dotyka osób, które nie są przygotowane do odpierania ataków, normalnych w polityce. Rodzina nie jest na nie przygotowana, uzbrojona do ich odpierania. To, co w polityce można uznać za pewien koszt konieczny, dla rodziny polityka takim nie jest i nie powinno być. Zawsze dziwię się różnym rodzinom, że tak łatwo i chętnie, nawet entuzjastycznie, wpisują się w polityczne zamysły swoich mężów czy tatusiów. Moja rodzina starała się i ja też zawsze staram się w stopniu maksymalnym oddzielać życie rodzinne od politycznego. Ale jesteśmy rodziną dzielnych ludzi, więc o płaczu i krzyku mowy być nie mogło. I tak od 20 lat konsekwentnej politycznej kariery... Jeżeli pan wystartuje, to już się nie uda. Wybory prezydenckie to między innymi plebiscyt na najlepszą pierwszą damę. – No i to jest problem wynikający z ewentualnego zrezygnowania z dotychczasowego dystansu mojej rodziny do polityki. Poza wszystkim dobrze by było, aby w Polsce podjąć próbę odczarowania urzędu prezydenckiego jako „złotego więzienia” na Krakowskim Przedmieściu. Zbliżyć się do modelu na przykład bardziej szwedzkiego, gdzie polityk jest bliżej codziennego, normalnego życia i w ten sposób też może być bliżej normalnego, codziennego życia własnej rodziny. Że można nie zamieszkać w Pałacu Namiestnikowskim? Wyobraża pan sobie, że prezydent mógłby tam nie mieszkać? – Z technicznego punktu widzenia jest to bardzo trudne, bo przecież w grę wchodzą różne inne powody, od bezpieczeństwa poczynając, ale jestem w stanie to sobie wyobrazić. Zawsze szalenie mi odpowiadał model szwedzki. Znam go z relacji osobistych, bo część mojej dalszej rodziny wyjechała po 56 roku do Szwecji na osobiste zaproszenie królowej Szwecji, gdyż byli z jej rodziną spowinowaceni. I pamiętam opowieści mojej kuzynki, że tak zwana stara królowa przyjeżdżała do niej co jakiś czas samochodem, który wszyscy znali, bo miał charakterystyczną rejestrację, jako osoba kompletnie prywatna, przywożąc słodycze swojej dalekiej małej kuzynce. I wszyscy sąsiedzi uważali to za rzecz absolutnie naturalną, że w kwestiach rodzinnych ona zachowuje się tak jak ciocia, a nie jak królowa. Taki może być też model zachowania w polityce, nie monarszej, ale demokratycznej. Pamiętam, że gdy byłem w MON, to tam panowały obyczaje troszkę takiego „podciągnięcia”, raczej typowe dla Wschodu niż dla świata zachodniego. Sprężystość, dyspozycyjność. Potem już jako przewodniczący komisji sejmowej pojechałem do Szwecji i w ramach tej wizyty przewidziane było też spotkanie z tamtejszym ministrem obrony. Szliśmy do niego na piechotę, bo było blisko (w Polsce trzeba by przejechać tych paręset metrów limuzynami na sygnałach), i nagle zobaczyłem, że na przeciwległym rogu ktoś stoi, macha ręką i gwiżdże na palcach. Okazało się, że macha i gwiżdże na palcach cywilny minister obrony Szwecji von Sydow. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.02.20 20:52
to on zrezygnuje z polityki. Prosze dotrzymac slowa. A moze zwrot kasy za przedstawienie z Framusem ? 2010.02.17 05:19
skromny, duza kultura. Bylbym dumny z takiego prezydenta. 2010.02.16 18:31
Tam być może ludzie oddzielają sprawy słuzbowe od prywatnych. W Polsce jest inaczej.I ta powszechna zawiść oraz coraz wieksze chamstwo. Jolanda
2010.02.16 18:18
to jest glowne zadanie a reszta dla mnie drugorzedna. najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 26.07.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego w „Przekroju” 30/2010Wymyślił i narysował Marek Raczkowski „Przekrój” 30/2010 W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku • Stenka wołałaby być... • Żuławski kocha... • Prawdę o Tu-154 poznają.... Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|