|
Jarzyna: Nie mógłbym już zrobić „Hamleta”
rozmawia Katarzyna Janowska Miałeś szczęście do ludzi? – O tak. Jako chłopiec byłem introwertyczny, ale zawsze znalazł się ktoś, komu udało się do mnie dotrzeć. W liceum miałem świetną polonistkę, która stawiała mi dwóje, bo notorycznie zawalałem bieżące rzeczy, ale jednocześnie chwaliła moje lektury, mobilizowała do aktywności. Na studiach zajęcia z estetyki miałem ze świetnym Piotrem Mrozem, z którym wspólnie wyruszyliśmy na wyprawę śladami Malinowskiego i Witkacego do Azji i PapuiNowej Gwinei. Z wykładowcy przemienił się w kompana podróży, co też było bardzo ciekawe. Później pojawił się Krystian Lupa. Zawsze miałem kogoś, kogo podziwiałem, stawiałem na piedestale. Zastanawiam się, skąd miałeś tyle odwagi, żeby w wieku dwudziestu paru lat przyjąć propozycję zostania dyrektorem Teatru Rozmaitości? – Myślę, że nie odważyłbym się na to, gdybym był jedynakiem. Miałem bardzo silne oparcie w domu, poczucie więzi z bliskimi, a szczególnie z bratem. Cokolwiek się działo, wiedziałem, że brat będzie po mojej stronie, w momentach kryzysowych zawsze mogłem na niego liczyć. Co nie znaczy, że jest wobec mnie bezkrytyczny. Poza tym dzięki niemu zyskałem przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Starszy brat torował drogę. Wyznawał zasadę, że jak się czegoś naprawdę chce, to można to osiągnąć. Pierwsze wyprawy do Azji organizowaliśmy wspólnie. Chcieliśmy jechać na Islandię, to jechaliśmy. Chcieliśmy samochodem terenowym zwiedzić Skandynawię, to zwiedzaliśmy. Okupione to było różnymi wyrzeczeniami, ale udawało się. Z tamtego czasu wyniosłem przekonanie, że wiele rzeczy udaje się zrobić, jeśli ma się koło siebie drugiego człowieka. Za szaleństwa młodości często płaci się wysoką cenę, a tymczasem mnie udało się przejść przez ten czas stosunkowo łagodnie dlatego właśnie, że w wielu trudnych sytuacjach byliśmy we dwóch. Mógłbyś dziś zrobić taki spektakl jak „Magnetyzm serca” według „Ślubów panieńskich” Fredry, opowieść o pierwszej, dziewiczej miłości? – Pewnie już nie. Tak jak nie mógłbym dziś zrobić „Hamleta”. Nie czułbym rozedrgania, napięcia, które jest w tej sztuce. Przynależy do młodości, ale potem też gdzieś w nas tkwi, tylko jest bardziej ukryte. – Trzeba dużego rozwibrowania, żeby takie emocje z siebie wydobyć. Wracając do pytania o to, dlaczego zdecydowałem się kierować Rozmaitościami: propozycja wyszła od zespołu, z którym zrobiłem dwa spektakle. Uznałem, że jest okazja, żeby zrealizować swoje idealistyczno-utopijne marzenia. Dzięki temu nie musiałem czekać, aż dyrektor jakiegoś teatru zaprosi mnie do zrobienia spektaklu, mogłem działać. Miałem scenę, aktorów, którzy mi ufali. Ale szczerze mówiąc, myślałem, że inaczej to będzie wyglądało. Tymczasem nie mając żadnych narzędzi, zderzyłem się ze wszystkim, co wiąże się z prowadzeniem instytucji. Nie wyobrażałem sobie, że aż tyle energii będę musiał oddać temu przedsięwzięciu. Kiedy przegląda się album, widać wyraźnie słabsze artystycznie lata, w których bardziej niż w sztukę byłeś zaangażowany w instytucję. Warto było? – Z jednej strony musiałem oddać temu miejscu bardzo dużo energii, ale z drugiej miałem solidną bazę, która dodaje reżyserowi pewności, stanowi fundament, na którym można budować. Jak pewnie każdy artysta zawsze się bałem, że po latach twórczych przyjdą okresy posuchy, kiedy nie bardzo wiadomo, co ze sobą zrobić. A widzę po swoich kolegach, jak trudno im po czasie niemocy wrócić do pracy. Myślę, że gdyby nie stały zespół i to miejsce, zdecydowanie mniej udałoby mi się osiągnąć. Ludzie mnie inspirują, przypominają o sobie i pewnie także dlatego mam ciągłe poczucie rozwoju, świat mi się coraz bardziej rozszerza. Widzę rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałem, dotykam spraw, które jeszcze niedawno były dla mnie niedostępne. Czego wcześniej nie widziałeś? – Teraz, po czterdziestce, mam poczucie, że sztuka robi się coraz bardziej totalna, że poszerza się spektrum tematów, które mogę poruszyć. Wcześniej uważałem, że jestem ograniczony miejscem i przestrzenią, którą widzę i w której żyję. Teraz wierzę Witkacemu, który mówił, że jesteśmy częścią wielości i że dzięki temu otwiera się przed nami nieograniczony ocean myśli. Za granicą ciekawią mnie rozmowy z ludźmi, którzy opowiadają o swoich korzeniach, o tym, jak widzą jakieś zjawiska. Kiedy jako bardzo młody człowiek podróżowałem po Azji, kochałem inność, ale to była dla mnie wówczas inność metafizyczna. Wszystko, co tam widziałem, było tak odległe, że jawiło mi się jako dowody na istnienie absolutu. To uczucie z czasem zniknęło. Tańce obrzędowe, którymi przed laty zachwyciłem się na Bali i które tak bardzo mnie inspirowały, przestały na mnie działać. Uznałem, że może z czasem stałem się mniej podatny na tego rodzaju trans. Ale obejrzałem stare kasety VHS i okazało się, że kiedyś te tańce były lepsze technicznie. Tancerze z wielką precyzją wykonywali swoje ruchy. Chodziło im o coś więcej niż tylko taniec. Mam wrażenie, że dziś się to skomercjalizowało, zeświecczyło, a co za tym idzie – tajemnica wyparowała. Dlatego nie wystarcza mi już poszukiwanie inności, teraz chciałbym ją poznawać. Interesuje mnie człowiek i jego bardzo różne sposoby odnajdywania się w świecie. Przez długi czas wydawało mi się, że jesteśmy zaprogramowani przez tradycję, kulturę, która nas ukształtowała. Teraz wiem już, że człowiek jest o wiele bardziej nieprzewidywalny. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarzePromocja„Przekrój” 36/2010 W sprzedaży od wtorku, 7 września 2010 roku • Henryka Krzywonos - ikona uczciwości • Kto uwierzy w pandemię? • Mazurek kontra Migalski Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|