Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Jarzyna: Nie mógłbym już zrobić „Hamleta”
21.02.2010
Jarzyna: Nie mógłbym już zrobić „Hamleta”

rozmawia Katarzyna Janowska

Nie przypuszczałem, że tak trudno będzie przełożyć marzenia na konkret – opowiada Grzegorz Jarzyna w rozmowie o dawnych spektaklach, byciu w teatrze i w świecie, o Witkacym i Pasolinim oraz planowanej na 27 marca pierwszej części „Odysei” w jego reżyserii w teatrze w Essen

Powiększ zdjęcie

Ilustracja Łukasz Poślad/studioilustracji.com na podstawie zdjęcia Jacka Domińskiego/Reporter
Na okładce albumu ze zdjęciami z twoich spektakli „Jarzyna: Teatr” siedzisz półnagi w pieleszach. Kiedy się patrzy na to zdjęcie, nie bardzo wiadomo, czy widzimy chłopca, czy już mężczyznę. Czy ty wiesz, kim jesteś?
– Zdjęcie zostało zrobione w ubiegłym roku. Właśnie się budzę i jestem nieprzytomny, jak zwykle rano. O tej porze nigdy nie wiem, kim jestem.

A kiedy zaczynasz wiedzieć?
– Mniej więcej około południa. A tak serio, to pytanie pojawia się, kiedy zaczynam pracować, gdy zbliżam się do teatru. Kiedy muszę wejść w rolę reżysera, dyrektora – sporo jest tych ról do odegrania.

W albumie umieściłeś zdjęcia ze wszystkich swoich przedstawień: od debiutanckiej „Iwony, księżniczki Burgunda” Gombrowicza po „Między nami dobrze jest” według Doroty Masłowskiej. Fotografie z jednej strony łapią chwile, z drugiej są zapisem umierania nie tylko spektakli, ale i emocji, więzi, uczuć. Zamknąłeś w tych zdjęciach swoją młodość i młodość pokolenia, które dojrzewało z TR. Nie za wcześnie na podsumowanie?
– Bałem się trochę publikacji tego albumu. Kiedy zobaczyłem zdjęcia zebrane razem, poczułem nostalgię. Nagle przemijanie jest na wyciągnięcie ręki. Nie przypuszczałem, że tak mocno to przeżyję. Ale cieszę się, że mam co podsumowywać. Zebrałem fotografie ze wszystkich spektakli bez wyjątku, z tych, które lubię, które były sukcesem, ale i zdjęcia pokazujące gorsze momenty.

Jako młody reżyser zrobiłeś sławny spektakl „Bzik tropikalny” (1997) według Witkacego rozbudowany o elementy z „Nowego wyzwolenia”. To był przełom estetyczny. Spektakl namalowany światłem, pulsujący obrazami, muzyką; w wersji telewizyjnej zmontowany niczym film był opowieścią o nienasyceniu. Był manifestem pokolenia, które wyruszyło na poszukiwanie siebie w świecie. Potrafiłbyś sobie wyobrazić, kim by byli dzisiaj?
– Brzechajłowie, polska rodzina – nawet nie konserwatywna, tylko tradycyjna z ograniczonymi horyzontami – dziś pewnie prowadziłaby jakiś mały interes. Podróżowaliby po świecie, staliby się dobrze osadzoną klasą średnią. Nie sądzę, żeby Jack, ich syn, który jako nastolatek szukał tajemnicy, przeżyć wyższej rangi, pozostał idealistą. Myślę, że dziś mógłby być profesjonalistą z dobrą pracą i lekkimi odlotami w weekend. Wszystko pod kontrolą. Przykład młodego Polaka, który umie się znaleźć na salonach, dobrze się czuje za granicą. Wreszcie wyrachowana Ellinor manipulująca mężem i kochankami. Chyba dalej gra w te swoje gierki, choć nie mają one już tej temperatury co dawniej, bo aby wybrzmiały, potrzebny jest jej partner, który się nimi naprawdę przejmie, ideowiec.

Czyli Sydney Price? Co by się z nim działo, gdyby nie popełnił samobójstwa z miłości?
– Sydney Price odszedł. Chciałbym go wskrzesić, ale dziś, z perspektywy mojego wieku i doświadczeń wiem, że jego powrót jest niemożliwy. Tak czysty, otwarty, niepodejrzliwy człowiek nie przetrwałby w świecie.

Więc koniec złudzeń. Idealiści nie mają szans. W jakimś wywiadzie mówiłeś, że kiedy 13 lat temu przyjechałeś do Warszawy, byłeś naiwnym chłopcem, marzycielem. Tego chłopca już nie ma? Nie przetrwał?
– Nie przypuszczałem, że tak trudno będzie przełożyć marzenia na konkret.

Album, w którym zebrałeś swoje spektakle, pokazuje, że jednak się udało. Cena była wyższa, niż myślałeś?
– To jest chyba normalne, że człowiek przed trzydziestką wyobraża sobie, że będzie wiódł takie życie jak wcześniej, to znaczy kręcące się wokół marzeń. Na dodatek w tym okresie dużo się dostaje od innych ludzi, można z nich czerpać, uczyć się od nich, zachwycać się nimi. Po trzydziestce trzeba zacząć spłacać rachunki. Nauczyć się, że aby coś dostać, trzeba najpierw dać. Nagle okazuje się, że nie tylko ja mam marzenia, że inni też je mają i chcą się na nie otworzyć, bo to jest czas, kiedy albo się coś uda zrobić, albo nie. I w przestrzeni robi się ciasno od ludzi i ich pragnień. Na to wszystko nałożyła się dodatkowa trudność: sytuacja społeczno-ekonomiczna w Polsce, która nie sprzyja realizacji artystycznych wizji.
1 2 3

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.

Koniecznie przeczytaj







„Przekrój” 30/2010 

okladka_mala_29.jpg W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku

• Stenka wołałaby być...
• Żuławski kocha...
• Prawdę o Tu-154 poznają....

Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści