|
Dziennik Jerzego Pilcha 07/2010
Jerzy Pilch Peerelowski atawizm bydlęcego szczęścia, kiedy się udało coś upragnionego zdobyć, odżywa z całą mocą – niosę karton gauloises „spod lady” i jestem co najmniej tak szczęśliwy jak w stanie wojennym
21 stycznia
Wczoraj wyszedłem na miasto w dwu różnych butach. Przypadek? Początek? A może już środek? Fakt faktem: kończyny fruwały – niczym Duch Święty – kędy chciały. Zamiary trzeba było miarkować. Wyszedł wybór wierszy Ryszarda Krynickiego, wieczorem wybierałem się na urządzane z tej okazji spotkanie z autorem w Czułym Barbarzyńcy, teraz z brawurowych planów nici. Wiedziałem, że na taką odległość za żadne skarby nie dam rady dotrzeć, ale na Boga! – po gazety chyba się doczołgam? Było marnie, ale w końcu bywało daleko gorzej. Zwłaszcza w poprzednich wcieleniach. Poza tym jak mawiali mój stary i król Salomon: „Kto siebie pokona, więcej uczyni niż ten, co miasta dobywa”. Z najwyższym trudem parę rachitycznych linijek wydusiłem, zamknąłem laptopa i od razu nagroda za wytrwałość: udało mi się nie tylko po gazety wyskoczyć, ale i gorącą czekoladę w Green Coffee szarpnąć! Mało tego! Jeszcze po drodze w zaprzyjaźnionym kiosku karton coraz trudniej dostępnych gauloises nabyłem! Nigdy nie były to papierosy zbyt rozlegle na ziemiach polskich obecne, tu i ówdzie jednak się trafiały. Obecnie nikną w oczach. Nie tylko wielkie represje, czystki, przesiedlenia, wypędzenia i wszelkie możliwe – tak jest: nie ma co owijać w bawełnę – łącznie z fizycznymi – eksterminacje palaczy czekają – wybrane marki już teraz sprząta im się sprzed nosa. Nie dziwota więc, że każda zdobycz się liczy. Jak przed nadciągającym kataklizmem: gromadzę zapasy, wyznaczam szlaki ewakuacyjne, typuję miejsca, w których będzie można się schronić – ma to swoje plusy. Peerelowski atawizm bydlęcego szczęścia, kiedy się udało coś upragnionego zdobyć, odżywa z całą mocą – niosę karton gauloises „spod lady” i jestem co najmniej tak szczęśliwy jak w stanie wojennym. W sumie dzień udany, a nawet przyjemny. Żaden wielki filozof nie powie, jaki jest sens życia – każdy z nich doradzi: pilnuj małych przyjemności. Wracałem do domu może nie na skrzydłach, ale w całkiem dobrej formie. Rozważałem nawet, czy by jednak nie pojechać do Czułego Barbarzyńcy, ale po namyśle zdecydowałem, że dla zwolna odzyskiwanej równowagi korzystniej będzie zostać w domu. Tym więcej że o 20.30 zaczynała się transmisja meczu Polska–Szwecja. Przedwczesne wasze śmiechy! Szczypiorniaka owszem lubię, ale jakaś królewska moja dyscyplina to nie jest, a już myśl, by tę akurat grę w jakimkolwiek wymiarze porównywać czy wręcz przedkładać nad wielkie wiersze Krynia, a zwłaszcza nad ich narkotycznie zniewalające czytanie przez autora, nawet przez łeb mi nie przeszła (co innego futbol – z jego nawet nikczemną ligową postacią każda literatura przegrywa). Słowem, myśli płaskiej nie miałem, ale miałem dojmujące przeczucie, że mecz wygrają nasi – na skołatane nerwy to jest bezpieczniejsze od głębokich wzruszeń. Wiem, co mówię – praktycznie przestałem słuchać muzyki, nawet Bacha już nie puszczam – na razie rozstraja do szczętu. 22 stycznia Wracam przeto bezpiecznie do siebie, otwieram drzwi, zapalam światło i widzę rzecz bardzo dziwną: jeden mianowicie z pary zimowych butów, które mam na nogach, nonszalancko stoi w przedpokoju. Co więcej, obok jednego z pary zimowych butów, które mam na nogach, stoi jeden z pary lekkich półbutów, które przed wyjściem zdjąłem i które zaraz – zdjąwszy wpierw, ma się rozumieć, parę zimowych – obuję (Tak jest, nie mam zamiaru nikogo ekscytować, ale po domu chodzę w butach, nie mam żadnych pantofli, o jakichś – bez pawia niewymawialnych – „kapciach” nie wspominając. Pamiętacie schwytanie Saddama Husajna? Pamiętacie brudnozielone „paputki” przy wyrku dyktatora? Kto ma takie „kapcie”, w jeden tylko sposób może skończyć). Kieruję stężały wzrok ku stopom: sytuacja – jak się domyślacie – analogiczna: jeden taki, drugi taki; jeden zimowy, drugi letni; jeden półbut, drugi wysoki; jeden skóra, drugi nubuk; jeden w stylu adidasa, drugi kamasza – oba na szczęście czarne. Oba na zgubę na moich nogach. 23 stycznia Całkiem jak w dawnych czasach po niezłej imprezie: człowiek budzi się i odczuwa nieubłaganą potrzebę rekonstrukcji. Co się działo? Jak do tego doszło? Jak to w ogóle było możliwe? Zdjąłem jeden półbut, wzułem na jego miejsce but zimowy, zawiązałem sznurowadło i uznałem, że gotowe? Druga noga – jakkolwiek to brzmi – wyleciała mi z głowy? Drugiego półbuta już nie ruszałem? Stało się coś? Coś mnie rozproszyło? Zdumiało? Przeraziło, a może zaabsorbowało do tego stopnia, że nie tylko o butach, ale w ogóle o bożym świecie zapomniałem? Zadzwonił telefon? – skąd, oba wyłączone. Znów ktoś do drzwi kołatał? Nikogo nie było. Wychodzi, że pomiędzy jednym a drugim butem runąłem w ciemność? To nie jest aż tak specjalne, z jednej strony nie znamy dnia ani godziny, w której runiemy w ciemność, z drugiej nie takie rozproszenia ludzie miewają. Konwicki na przykład nie takie w „Kalendarzu i klepsydrze” rekordy roztargnienia odnotowywał. Tyle że po pierwsze: w ogóle nie jestem (nie byłem?) roztargniony, po drugie: jakim cudem nie poczułem różnicy? Przecież ja w tej kuriozalnej parze trzewików spory kawałek Hożej i ładnych kilkaset metrów Marszałkowskiej w obie strony! Po śniegu i lodzie! W 10-stopniowym mrozie! Trochę mi się tylko zdało bardziej niż zwykle ślisko, ale w końcu zima nie byle jaka! Żadnej różnicy nie zauważyłem ani w masie, ani w ciężarze, ani w izolacji termicznej. Letni but nie przemókł, zimowy nie przeważył. Jaka stąd wynika – jak teraz mądrale mawiają – konkluzywność? Czy jest tak, że wysokie i ocieplane buty zimowe w sednie swej istoty niczym się nie różnią od najzwyczajniejszych w świecie półbutów, a przekonanie, że się różnią, jest jednym ze zniewalających zabobonów, jakie narzuciła cywilizacja, a specjalnie wielkie koncerny szewskie? Czy też jest tak, że ja nie tylko buty pomyliłem, ale i czucie straciłem? Nie tylko w nogach? W ogóle? Nie mam pojęcia. Świat jest pełen zagadek. Z innej jeszcze strony – cóż za fart! Maluczko przecież, a ja bym w dwu różnych butach na wieczór Krynia polazł. Oczywiście żadna tragedia by się nie stała. Na jednym z najważniejszych wydarzeń literackich roku mieć na nogach taki konglomerat – może by to nawet było wizerunkowo niezłe. Ale dla mnie z różnych powodów fatalistyczne. Wstyd zwyczajny. Może jednak? Może przeto? Może tedy, Pilchu, widząc, że Weń wątpisz, dał ci Pan znak, mieszając obuwie twoje, a potem bezpiecznie cię wywiódł na widne pastwiska? OK. Przeczucie, że wygramy ze Szwecją, się spełniło. Zobaczymy co dalej. Jerzy Pilch „Przekrój” 07/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.04.18 08:14
Ach,ta "nieubłagana potrzeba rekonstrukcji":a gdzie?a czy tylko tam?a z kim?a czy dużo?a co?a czy stawiałem,czy mi stawiano?a czy były kobiety?a czy prawdziwie ładne?a jak wróciłem?a z kim?a... frog
2010.03.05 20:53
nie dopisałam - zostawił na przystanku i szedł na boso do domu - tak bał się cioci porządnisi, która buty kazała ustawiać przed drzwiami. 2010.03.05 20:35
Szanowny Panie. Uwielbiałam dr Jurka Śliwkę (inż. budowy mostów) sąsiada Tajnera. Może Pan napisze coś o rodzie Śliwków z Wisły? Buty to mój wuj (jak sobie wypił) zostawiał już na... 2010.02.28 09:56
który ze wszech miar roztargniony był. To, że w różnych butach przychodził do pracy to nic było. On któregoś dnia w roztargnieniu swym, nie swoje dziecko z przedszkola odebrał i do domu,... najnowsze„Przekrój” 30/2010 W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku • Stenka wołałaby być... • Żuławski kocha... • Prawdę o Tu-154 poznają.... Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|