Strona główna > Wydarzenia > Kraj > Kochajcie donosicieli, kochajcie, do jasnej cholery!
1.02.2010
Kochajcie donosicieli, kochajcie, do jasnej cholery!

Agnieszka Fiedorowicz

Powiększ zdjęcie

Wymyślił i narysował Marek Raczkowski

W USA prawie jedna trzecia oszustw i nadużyć w firmach wykrywana jest dzięki informatorom – wynika z raportu PricewaterhouseCoopers. Sygnaliści są przecież najlepszymi szpiegami, bo potrafią wykryć niedostrzegalny dla kogoś z zewnątrz mechanizm przekrętu.
We wtorek 21 listopada 2006 roku Irek Brabański zatrudniony w firmie MARD jako górnik strzałowy, wychodząc do pracy, przytula swoją żonę Monikę i mówi: „Moniś, gdyby mnie zabrakło, to ty sobie życie ułóż”.

Wiadomo – górnik, który rano zjeżdża do kopalni, nigdy nie wie, czy wróci. Ale zwykle o niebezpieczeństwie głośno nie mówi. Irek tymaczsem na kilka tygodni przed tragedią zaczął opowiadać: „Boję się tam zjeżdżać. Już tyka na dole bomba. Tylko patrzeć, jak wybuchnie i będzie tragedia” – Monika wspomina słowa męża. W tamten wtorek o godzinie 16.30 w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej 1030 metrów pod ziemią eksplodował metan.
Śledztwo wykazało, że kierownictwo lekceważyło przepisy bhp, oszukując czujniki metanowe. Znając zagrożenie, posłało ludzi na dół. O nieprzestrzeganiu zasad wiedzieli też górnicy. Jednak mówili o tym tylko żonom. Nikt nie poinformował na przykład inspekcji pracy. Pod ziemią zginęły 23 osoby, w tym mąż Moniki.

Donosiciel człowiekiem roku
25 kwietnia 1970 roku „New York Times” napisał o skandalicznych przypadkach korupcji w nowojorskiej policji. Autorem doniesień był policjant Frank Serpico, który bezskutecznie informował o nich swoich przełożonych przez trzy lata. Ignorowano go, więc poszedł do mediów. Powołana po wybuchu skandalu komisja potwierdziła rewelacje Serpica.
W 1989 roku w USA weszła w życie Whistleblowers Protection Act, pierwsza w USA ustawa stwarzająca nie tylko możliwość bezpiecznego donoszenia, ale także broniąca przed odwetem ze strony otoczenia.

Dzięki zeznaniom Jeffreya Wiganda, naukowca pracującego dla koncernów tytoniowych, w 1996 roku ujawniono, że firmy ukrywają wyniki badań o szkodliwości palenia na zdrowie. W efekcie wypłaciły 246 miliardów dolarów odszkodowań.

W 2001 roku po donosie Sherron Watkins, wiceprezes do spraw rozwoju w energetycznym koncernie Enron, na jaw wyszły malwersacje w spółce, a upadek firmy zatrząsł amerykańską giełdą.

Rzesza sygnalistów rośnie, a wraz z nią społeczna akceptacja dla ich misji. Watkins w 2002 roku została wybrana na Człowieka Roku tygodnika „Time”, a Hollywood z powodzeniem zekranizowało biografie takich whistleblowerów jak Serpico czy Wigand. Wielu angażuje się w pomoc kolejnym whistleblowerom, prowadząc autorskie stowarzyszenia lub blogi. – Choć sygnaliści mają czasem swoje pięć minut sławy i poczucia zwycięstwa po ujawnieniu nadużycia, to gdy światła reflektorów gasną, sygnalista ze swoim problem zostaje sam – mówi Anna Wojciechowska-Nowak.

Sygnalista w odstawkę
Po zatrudnieniu nowego ordynatora Pasierbiński czuje się szykanowany. Po kontroli na oddziale lekarz zostaje odsunięty od dyżurów. Grunt pali mu się pod nogami. Ci, którzy dotąd stali za nim murem, zaczynają szeptać, że coś z Pasierbińskim musi być nie tak. – Po kontroli wpłynęło doniesienie do prokuratury, że przyczyniłem się do zgonu płodu. Sprawę później umorzono, ale ferment zasiano – wspomina lekarz. Niektórzy znajomi wprost powiedzieli: „Nie zadaję się z kapusiem”.

Doktor traci popularność, przegrywa kolejne wybory do rady powiatu, gwałtownie pogarsza się jego sytuacja finansowa: odsunięcie lekarza od dyżurów to cios, bo zapłata za nie to często połowa miesięcznego dochodu. Konflikty narastają też w domu. Żona powtarza: „Po coś się w to pakował?”.

– Nowy szef mnie nie znosi, zwłaszcza że staję w obronie krytykowanych przez niego kolegów – mówi Pasierbiński. W końcu zostaje przeniesiony do przychodni pod miastem. Zdeterminowany donosi o zachowaniu ordynatora do komisji rewizyjnej rady powiatu. Ordynator zostaje zwolniony. Ale wraz z nim dyscyplinarnie wylatuje też Pasierbiński. Krystyna Smoczyńska, dyrektor mikołowskiego ZOZ, w rozmowie z nami wyjaśnia, że powodem zwolnienia było „ujawnienie tajemnicy lekarskiej”. W jednym z donosów bowiem Pasierbiński podał nazwiska pacjentek, domniemanych ofiar błędów ordynatora. – Miałem ich zgody na piśmie – broni się lekarz.

– Z naszych obserwacji wynika, że prawo nie chroni sygnalistów przed zwolnieniem – ocenia Anna Wojciechowska-Nowak. – Nierzadko teza, że zwolnienie jest formą odwetu pracodawcy, nie jest w postępowaniu sądowym w ogóle badana – podkreśla. A to dlatego, że – zgodnie z kodeksem pracy – aby skutecznie rozwiązać umowę, wystarczy wskazać jedną przyczynę. Jeśli będzie to likwidacja stanowiska pracy, nawet fikcyjna, sąd ograniczy się do sprawdzenia, czy stanowisko naprawdę zostało zlikwidowane. Ponadto w Polsce to pracownik musi wykazać, że został zwolniony za whistleblowing – odwrotnie niż w krajach chroniących informatorów.
– Podstawowym problemem jest brak w Polsce wyspecjalizowanych agend, które jak na Zachodzie zajęłyby się kompleksową pomocą demaskatorom – twierdzi doktor Wojciech Rogowski. – W amerykańskich organizacjach pozarządowych, takich jak Government Accountability Project (GAP) czy w brytyjskim Public Concern at Work, potencjalny whistleblower nie tylko może podzielić się swoimi wątpliwościami, ale także otrzyma poradę na temat sposobu zebrania dowodów, jak wnieść skargę, a nawet pomoc psychologa w razie odrzucenia przez środowisko – wylicza.

Polski whistleblower może dziś uzyskać pomoc w Fundacji Batorego czy w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, ale nie jest to podstawowa dziedzina ich działalności. – Mamy kilka takich przypadków rocznie – szacuje Anna Wojciechowska-Nowak.

Piotr Sułek kilka miesięcy po wyrzuceniu z pracy przechorował. – Straciłem pracę, a pieniądze wydałem na sądy. Wykańczał mnie stres, ale po wyroku przynajmniej odzyskałem honor – mówi Sułek. Z ofertą pomocy zwraca się do niego Helsińska Fundacja Praw Człowieka. W 2008 roku idą do sądu pracy. Przywalony procesami Pasierbiński (oprócz sądu pracy ma też między innymi sprawę o ochronę dóbr osobistych wytoczoną przez byłego ordynatora) trafia do Fundacji Batorego.

Na Zachodzie wyspecjalizowane organizacje biorą czynny udział także w pracach nad prawem chroniącym demaskatorów. To Public Concern at Work w Wielkiej Brytanii przeforsował w 1998 roku ustawę o ujawnianiu informacji w interesie publicznym. GAP zaś pracował nad zaostrzeniem prawa w 2002 roku po upadku Enronu. W efekcie ustawa Sarbanes-Oxley Act (od nazwisk twórców – senatora i kongresmana) nakłada na giełdowe spółki w USA obowiązek wprowadzenia przejrzystego systemu, który umożliwi pracownikom informowanie. – Taką funkcję spełnia najczęściej menedżer do spraw etyki, który zajmuje się przyjmowaniem i weryfikowaniem skarg od pracowników. Jeszcze popularniejsze są specjalne „gorące linie” prowadzone przez zewnętrzne firmy, na które pracownik może zadzwonić, jeśli odkryje nadużycie – wyjaśnia Rogowski.

Ustawodawstwo brytyjskie i amerykańskie precyzyjnie określa też wymogi „chronionego ujawnienia”. Informator po wykorzystaniu ścieżki we własnej firmie składa skargę do specjalnych komisji podlegających agendom rządowym (finansowym lub pracowniczym), które dalej prowadzą śledztwo. Jeśli donos whistleblowera się potwierdzi, komisja ma prawo ukarać biorących odwet pracodawców wysokimi grzywnami, a samemu poszkodowanemu przyznać odszkodowanie. Ich średnia w wielkiej Brytanii sięga stu tysięcy funtów (przyznawanych jest kilkadziesiąt rocznie).

Było warto, ale się nie opłaciło
W Polsce o whistleblowerów upomniało się rok temu Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Dowiedziało się od Ministerstwa Pracy, że zmiany nie są potrzebne. Teraz „Przekrój” znów zapytał resort o szansę na większą ochronę donosicieli. My też otrzymaliśmy odpowiedź, że żadne prace nie są prowadzone, bo prawo dostatecznie chroni sygnalistów.

Problemem zainteresowała się ostatnio Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”. – Skupiliśmy się na zagwarantowaniu anonimowości demaskatorowi. Zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych szef, który otrzyma informację od pracownika o nadużyciach w firmie, musi ujawnić źródło, czyli dane kolegi-informatora. Aby zachęcić demaskatorów do mówienia, trzeba im zagwarantować anonimowość, przynajmniej do czasu ewentualnego procesu – tłumaczy Grażyna Spytek-Bandurska, prawnik z PKPP, która szykuje propozycje zmian w prawie.

Na szczęście rodzimi whistleblowerzy zaczynają wygrywać. Sukcesem w pierwszej instancji zakończył się proces Sułka.  Sąd Okręgowy w Katowicach uznał w 2006 roku wyrzucenie z pracy Tadeusza Pasierbińskiego za bezpodstawne. Lekarz wrócił do przychodni podlegającej szpitalowi, z której formalnie został zwolniony. Po roku odszedł na emeryturę, dorabia dyżurami w innym szpitalu. Przyznaje, że nie udało mu się udowodnić zarzutów wysuwanych wobec byłego ordynatora. Sprawa sądowa, jaką wytoczył mu były szef o naruszenie dóbr osobistych, po pięciu latach uległa przedawnieniu. Sam ordynator w rozmowie z „Przekrojem” stwierdza, że to zamknięty rozdział w jego życiu. Pasierbiński czasem z zazdrością patrzy na kolegów, którzy siedzieli cicho: – Dorabiali się, jeżdżą dobrymi samochodami. Ja wydałem oszczędności życia na prawników, ale nie żałuję. Gdybym tego nie zrobił, dziś nie mógłbym na siebie patrzeć w lustrze. Wszystko jest lepsze od siedzenia i czekania na chwilę, w której bagno nas topi.

Agnieszka Fiedorowicz
współpraca Agata Jankowska
„Przekrój” 04/2010
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2010.02.03 11:36

Czy redaktorzy nie znają polskich określeń podobnych do powyższego słowa? Zdaje się, że znają używając chociaż określenia demaskator. Posługujmy się językiem polskim, a redaktorzy...

Koszmarnie za długi tekst, a gdzie był redaktor??? Tekst nie jest przecież jak worek na wszystkie odpady.

Pytajnik
2010.02.02 13:07

...kiedyś was zlustrują.

Kot Pik

Wszystkie