|
Mam plan na Zakopane
Tomasz Ziółkowski Zimowe igrzyska olimpijskie w Tatrach to nie mrzonka
Tekst o upadku Zakopanego opublikowany przez „Przekrój” (nr 4 z 19.01) wywołał poruszenie. Dziś głos w dyskusji na ten temat zabiera Andrzej Bachleda-Curuś II*.
Czy Zakopane zdoła podnieść się z upadku i odzyskać pozycję ośrodka narciarskiego z prawdziwego zdarzenia? – Ma szansę nie tylko na to – może nawet stać się gospodarzem zimowych igrzysk olimpijskich. To byłaby szansa na zachowanie wyjątkowości i odrębności regionu Tatr. Na zjednoczenie dziś często bardzo skonfliktowanych ludzi, organizacji i stowarzyszeń tatrzańskich. Wrocław, forsując swoją kandydaturę miasta organizatora wystawy EXPO, wypromował się jako prawdziwie europejskie miasto. W ten sposób budujemy coś dla przyszłych pokoleń. Od ponad 40 lat ma pan możliwość obserwowania, jak lawinowo rosną inwestycje w światowe regiony narciarskie. Czy Zakopane i Tatry mają jeszcze realną szansę, żeby zaistnieć w tak silnej konkurencji? – W mojej skali od 1 do 20 region Tatr zawsze jest najwyżej, jak okolice Megève we Francji, gdzie obecnie mieszkam. Patrząc przez lata na Mont Blanc, szukałem odniesienia do Tatr, które uważam za swoje góry. To uczucie na zawsze pozostanie. Jeszcze zanim wyjechałem do Francji w 1981 roku, dobrze poznałem świat gór – od Kolorado, przez Wschodnie Wybrzeże USA, do szczytów europejskich. Zakopane i region Tatr należą do grupy najstarszych stacji narciarskich nawiązujących do tradycji, jak Megève, Chamonix, Cortina d’Ampezzo, i mają ogromny potencjał do wykorzystania. Organizacja igrzysk w Zakopanem nie jest więc wcale takim strasznym diabłem, jak go malują. A więc całkiem serio dąży pan do zorganizowania w Zakopanem zimowych igrzysk olimpijskich? – Mamy jak najbardziej realne szanse na organizację igrzysk w 2022 lub 2026 roku, ale by tego dokonać, dużo wcześniej musimy rozpocząć proces połączenia Tatr w jeden region turystyczno-narciarski. Tatrzańskie igrzyska powinny być wspólnym przedsięwzięciem Polski i Słowacji. Pamiętajmy, że Słowacy mają cztery piąte Tatr, a my jedną piątą. Większość zawodów w konkurencjach alpejskich odbyłaby się zatem po stronie słowackiej. Tatry powinny stać się jednym regionem nie tylko ze względu na igrzyska. Potrzebne jest jednak przebicie tunelu przez góry (bez wielkiej ingerencji w przyrodę) i uruchomienie transportu elektryczną kolejką. Kierowałaby się ona z ronda w Zakopanem do Kuźnic, następnie pod ziemią do Doliny Cichej, a potem do Strbskiego Plesa i Tatrzańskiej Łomnicy oraz Popradu. W Popradzie jest lotnisko, na którym już dzisiaj lądują nawet największe boeingi 747. Z lotniska do Zakopanego jazda kolejką elektryczną trwałaby około 30 minut, czyli w sumie lot samolotem z Warszawy wraz z dojazdem na lotnisko zająłby mniej więcej dwie godziny. Dzięki tunelowi zyskalibyśmy połączenie kolejowe z Europą przez Pragę, Budapeszt, Wiedeń i Bratysławę. A Europa zyska dodatkowe połączenie z Podhalem i Krakowem. Nadal jednak pozostanie problem wiecznie zakorkowanej zakopianki. – Jeśli pojawią się nowe możliwości dojazdu koleją i samolotem, to zniknie problem korków na zakopiance. W komunikacji drogowej Zakopanemu pomógłby trzeci wjazd drogowy od strony Gubałówki. Oprócz lotnisk w Krakowie i Popradzie region tatrzański mogłoby obsługiwać rozbudowane lotnisko w Nowym Targu, gdzie ma być pas startowy o długości 1800 metrów. Jeśli wykorzystamy te połączenia, to przybysze ze Słowacji bez przeszkód będą mogli korzystać z uroków artystycznego i turystycznego Zakopanego, a my z terenów narciarskich oraz tras pieszych po tamtej stronie gór. Czyli na narty tylko na Słowację? – Po naszej stronie też można wiele zrobić dla rozwoju narciarstwa. Musimy otworzyć dostęp do terenów zjazdowych od strony miasta, a nie od szczytu Kasprowego Wierchu, gdzie często panują trudne warunki pogodowe. W Zakopanem proponuję teren narciarski sięgający od góry Krokiew i idący w kierunku trzech dolin w Tatrach Zachodnich: Kondratowej, Goryczkowej i Gąsienicowej na pograniczu Tatr Wysokich. Tatrzańskie trzy doliny powinny być połączone ze stokiem na Nosalu systemem tras i wyciągów w liczbie, która nie wyrządzi szkód naturze. To byłoby miejsce wyjątkowe, ale dla dobrych narciarzy. A okolice Gubałówki powinny służyć narciarstwu rodzinnemu. Jako ambasador kandydatury Zakopanego do organizacji mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w 2015 roku uważam, że należy odbudować część pięknych przedwojennych tras: wschodnią i zachodnią pętlę wokół skoczni na Wielkiej Krokwi. W sumie obie pętle powinny mieć około 10 kilometrów. Światowa federacja wymaga, żeby biegać więcej okrążeń na krótszych odcinkach, bo tak jest ciekawiej z punktu widzenia telewizji. Warto powrócić do przepięknych tras z Wielkiej Krokwi pod reglami do Doliny Kościeliskiej. Coraz lepiej rozwijają się trasy na Siwej Polanie w kierunku Doliny Chochołowskiej i trasy biatlonowe w Kościelisku. A jednak mało kto wierzy, że wizja zimowych igrzysk tatrzańskich „Ałusia” Bachledy nie jest mrzonką. – Moja idea igrzysk olimpijskich to powrót do pięknej tradycji sportu na Podhalu realizowanej w zgodzie z naturą. Wybitni górale już przed II wojną światową współtworzyli wielkie międzynarodowe wydarzenia sportowe w Zakopanem. Miasto zyskało światową renomę. Wielkie zawody porównywane z mistrzostwami świata odbyły się już w 1929 roku. Później, w lutym 1939 roku, takie mistrzostwa świata ponownie odbyły się w Zakopanem. Można było je porównać nawet do olimpiady, bo rozegrano zawody we wszystkich dyscyplinach narciarstwa klasycznego i alpejskiego. W czasach komunizmu Zakopane zagubiło nieco ten naturalny kierunek rozwoju oparty na turystyce i narciarstwie. W 1962 roku mieliśmy mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. W 1974 roku zorganizowaliśmy jeszcze Puchar Świata na Nosalu – dzięki temu, że mieliśmy dobrych narciarzy. Potem rozpoczął się konflikt między zwolennikami radykalnej ochrony ekosystemu Tatr a poplecznikami wąsko rozumianego rozwoju miasta. W efekcie mamy głęboki podział, narciarze nie mają gdzie jeździć, a miasto pęcznieje od fast foodów i innych wynalazków, które nie mają nic wspólnego z tradycją regionu. Zaczął się najazd klienteli bardziej nastawionej na ekspresowe jedzenie niż delektowanie się smakiem, dobrą rozrywką i kulturą. Ale turyści wracają do domów, a górale w Tatrach pozostają i to oni decydują o obliczu Zakopanego. – Jeszcze w latach 50. i 60. w Zakopanem spotykała się elita artystyczna i kulturalna, która tworzyła inny rodzaj zachowania i spędzania czasu. Nie pamiętam, żebym na Krupówkach słyszał wówczas wykrzykiwane głośno słowa na „k” i „ch”. Grano dobrą muzykę, można było pójść do Kmicica na dobrą kawę, a przy basenie na Jaszczurówce grała murzyńska orkiestra. Z przykrością patrzę na to, jak zmieniła się tkanka miejska. Nie może być tak, że dzisiaj całe zło kojarzy się tylko z góralami. W Zakopanem brakuje mi dzisiaj całej masy lwowiaków, którzy osiedlili się tutaj po wojnie. Ludzi, którzy przybyli po Powstaniu Warszawskim. Kiedyś mieszkańcy dawali temu miastu niezwykłą aurę. To pokolenie już jednak odeszło i zostało zastąpione przez przyjezdnych, którzy na ogół mieli jeden cel – osobiście na tym mieście zarobić. Prawie zaginął instynkt miastotwórczy. Jeśli dzisiaj takich osób są tysiące, to nic dziwnego, że miasto jest rozerwane na kawałki bez jakiejkolwiek wspólnej myśli o tym, co zrobić dla dobra Zakopanego i regionu Tatr. Już słyszę, jak ludzie powiedzą: A niech Bachleda sam da przykład takiego działania! – Pierwszy przykład: mój ojciec Andrzej senior, ja i brat Jan przed laty podarowaliśmy państwu na rzecz sportu dwa tysiące metrów kwadratowych ziemi, która leży pod Wielką Krokwią. To miejsce często pokazywane w telewizji – zawodnicy zatrzymują się tam po oddaniu skoku. Drugi przykład to mój syn. Choć był członkiem reprezentacji Francji w narciarstwie, zaczął jeździć dla Polski. Nie chcę jednak wypisywać sobie laurki, bo nie o to chodzi w mojej wizji Tatr. Gdzie szuka pan dla niej zwolenników? – Apeluję do ludzi myślących estetycznie. Moi dziadkowie mówili, że trzeba żyć „szykownie”. Jak ktoś był szykowny, był nie tylko dobrze ubrany, ale też poruszał się i myślał elegancko. I ten rodzaj estetyki w myśleniu o strategii rozwoju Tatr jest potrzebny. Każdy z nas musi wziąć na siebie taką odpowiedzialność. Nie może być tak, że z boku będą stali tylko prześmiewcy i specjaliści od destrukcji, czekając na porażkę. W każdym pomyśle, jak ktoś się uprze, znajdzie złą stronę. Tylko po co? Sama idea jest dobra nie tylko dla nas, ale i dla następnych pokoleń. Staramy się być lepszymi. I to jest najważniejsze, a nie same igrzyska. One trwają tylko dwa–trzy tygodnie, a mentalność ludzi pozostaje. rozmawiał Tomasz Ziółkowski „Przekrój” 06/2010 * Najbardziej znany polski narciarz alpejski, wicemistrz świata z 1974 roku i brązowy medalista mistrzostw świata z 1970 roku wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.02.22 04:35
Szykownie i sensownie Pan wszystko opisal i uzasadnil. Gratuluje i dziekuje. Teraz tylko czekac az sie na Pana rzuci krajowa sfora z oskarzeniami o wynarodowienie i zadzieramie nosa. Obym sie... najnowszeTylko na wwwKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() „Przekrój” 30/2010 W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku • Stenka wołałaby być... • Żuławski kocha... • Prawdę o Tu-154 poznają.... Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|